Kuchnia poznańska i wielkopolska

Dodano: 2014-03-12 00:00:00

W zeszłym miesiącu praca wygnała mnie do Poznania. Sprawy pilne załawiliśmy w jeden dzień, pozostałe dwa postanowiwszy przeznaczyć na zwiedzenie, relaks i jedzenie. O kuchni wielkopolskiej nasłuchałam się wiele ale jedyną rzeczą, która pozostała mi po tych opowieściach w głowie był wielki ziemniak. 

Postanowiliśmy zatem sprawdzić co serwuje się w restauracjach rodzinnego miasta Borejków. Czasu mało, dwa dni na zjedzenie Poznania to raczej żałosna próba liźnięcia klimatu niż rzetelnej analizy kulinarnej. Niemniej każdy pretekst, by zakosztować lokalnych przysmaków jest dobry, więc... ;)

W ciągu tych dwóch dni obeszliśmy pół Poznania. Przed wyjazdem zrobiłam listę dobrze rokujących knajp - takich, w których będziemy mieli szansę zakosztować lokalnej kuchni. 
Niestety - jak to z planami bywa, wszystko się rypło w chwili, w której uświadomoliśmy sobie, że... przyjechaliśmy akurat w walentynki. Wszystko porezerwowane od tygodnia, nie tylko na piątek, 14 lutego ale i na kolejne dni weekendowe. A zatem ponownie byliśmy zdani na ślepy traf. 

IMG_5048 copy

Pierwszego wieczora zdecydowaliśmy się na Gospodę Poznańską. Kryteria selekcji były proste - niedaleko hotelu, kuchnia lokalna i wolne miejsca. Wybór nie był trudny.
Knajpka usytuowana przy samiuśkim starym rynku, o przaśnym, regionalnym wystroju. 
Ponieważ na górnej sali odbywało się akurat niewielkie wesele, dość długo czekaliśmy na kelnera z kartą. Na szczęście przesympatyczna kelnerka i wysoka jakość obsługi wynagrodziła nam te 20 (!) minut. 
W karcie wielkopolska klasyka: gęsina, pyry z gzikiem, szare kluchy, plyndze i śledzie. Brzmi zagadkowo? Pyry z gzikiem to typowa poznańska zagryzka. Postne danie złozone z ziemniaków w mundurkach i z twarożkiem na słono, przyprawionym pieprzem, solą, cebulką i ziołami. Nie zdobyły mojego serca, za to Adam zjadł obie porcje :) 

IMG_5069 copy

Szare kluchy - gotowane kluski z ciasta ziemniaczanego, podawane z cebulką, boczkiem i kapustą. 
Za to plyndze to nic innego jak placki ziemniaczane. Ja wybrałam opcję z wątróbką i jabłkami. Najlepsza wątróbka jaką jadłam ever! A placki pasują do niej znakomicie. 

IMG_5074 copy

Nazajutrz obiad zjedliśmy w knajpie, której nazwy nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Pamiętam jedynie, że zamówiłam kotlet schabowy w cieście ziemniaczanym, z zasmażaną modrą kapustą. I po raz kolejny - rewelacja! A przynajmniej kotlet i patent na usmażenie go w cieście do placków ziemniaczanych. Muszę kiedyś sama spróbować. 
Natomiast kapusta byłaby równie smaczna gdyby nie goździkowy posmak. Ale ok, rozumiem, kuchnia lokalna. Ponownie Adam miał bonusową porcję :) 

IMG_1595 copy

Łatwo zauważyć, że kuchnia poznańska ziemniakiem stoi. Ale nie tylko. Z potraw i miejsc mniej regionalnych z całego serca polecam przesympatyczną, uroczą kawiarenkę w Parku Cytadela - Umberto Cafe&Ristorante. Jest absolutnie śliczna, wystrojem przypomina jedną ze szwedzkich cukierni, z papierowymi dekoracjami, klatkami z papużkami, mnóstwem kwiatów i kolorów. Spędziliśmy w niej cudowne trzy godziny czekając, aż z nieba przestaną lać się strugi wody. Można powiedzieć, że zostaliśmy w niej uwięzieni - ale słodka to niewola! :)

IMG_5125 copy

Zamówiliśmy gorącą czekoladę i porcję szarlotki z lodami. Otrzymaliśmy dwa kubasy gęstej, przepysznej, prawdziwej czekolady z prawdziwą śmietaną (nie z psiukacza z marketu) i gigantyczną porcję ciasta. Serio, nie wiem czy to standardowy rozmiar, czy może kelnerka widząc, że jesteśmy we dwoje uznała, że jednak będę podjadać mężowi. Zamówiliśmy jedną porcję, dostaliśmy wielki kawał szarlotki z lodami, śmietaną i świeżymi owocami. No poezja po prostu - za oknami pawilonu deszcz leje się z nieba, a my owinięci w kolorowe, ciepłe koce delektujemy się gęstą, rozgrzewającą czekoladą i słuchamy świergolenia ptaszków. 
Jeśli będziecie więc w Poznaniu, w okolicy Parku Cytadera, Umberto jest absolutnie obowiązkowym punktem na trasie wycieczki. 

IMG_5133 copy

Co jeszcze? No oczywiście klasyczne rogale marcińskie. Tradycyjnie wypiekane 11 listopada w Dniu Świętego Marcina. Historycy donoszą, że korzenie tego zwyczaju sięgają świąt pogańskich, których elementem było ofiarowanie bóstwom pokarmów owiniętych w ciasto w kształcie wolego rogu, jako substytutu całego wołu ofiarnego. Następnie zwyczaj przejęty został przez Kościół Katolicki i połączony z postacią świętego Marcina - kształt rogala miał odzwierciedlać podkowę, którą zgubił koń świętego. Dalsze doniesienia mówią, że zwyczaj wypiekania rogali pojawił się w IX wieku, kiedy za inicjatywą proboszcza parafii św. Marcina wierni postanowili wspomóc ubogich - na przykład kupując w cukierni rogale nadziewany białym makiem i orzechami, które następnie zostaną im ofiarowane. W 1901 roku inicjatywa została przejęte przez Stowarzyszenie Cukierników.
Obecnie aby wypiekać rogale, znane pod nazwą "marcińskich" lub "świętomarcińskich", cukiernia musi posiadać certyfikat poświadczający oryginalność przepisu i zastosowanych składników. 

IMG_5303 copyIMG_5305 copy

Innym typowo wielkopolskim specjałem jest gęsina. Również związana jest z postacią św. Marcina - lokalne opowieści głoszą, że kiedy słynący ze skromności i ascetycznego strylu życia ksiądz Marcin - wtedy jeszcze nie święty - otrzymał propozycję objęcia objęcia biskupstwa, nie chciał jej przyjąć. Był niechętny namowom wiernych i kapłanów do tego stopnia, że kiedy do jego gospodarstwa przybyło poselstwo w tej sprawie, ukrył się w komórce. Jego kryjówka szybko została znaleziona dzięki znajdującym się w niej gęsiom, które swoim gęganiem wydały księdza. 

Ostatnim elementem, kojarzącym się z postacią świętego Marcina i jego hucznie obchodzonym w Poznaniu świętem jest młode wino. Miało ono ponoć szczególne właściwości - dodawało urody, młodości i sił witalnych. Do dziś w kręgach poznańskich funkcjonuje ponoć określenie "dolegliwości świętomarcińskich", pojawiających się dzień po intensywnej kuracji tymże specyfikiem.  

Komentarze

comments powered by Disqus

Blog

  • Coś nowego!

    Opowiem Wam historię. Będzie długa i bardzo osobista, ale naprawdę chcę byście ją poznali.  Otóż. Moja mama to niezwykła...

    Ostatnie komentarze