Włoskie zapiski - część trzecia

Dodano: 2014-09-24 00:00:00

Po miesiącu w Polsce wracam do cudem odnalezionych zapisków z Włoch. Będzie nowa część dzienniczka! :) Spisuję więc to, co nabazgrałam w moim wymiętym, makulaturowym notesie. Spisuję jak leci, w zasadzie już bez dzielenia na poszczegolne dni. Potraktujcie tę - pewnie jedną z ostatnich - część relacji jako zbiór luźnych wspomnień, przemyśleń, ciekawostek i przydatnych dla kolejnych podróżnych informacji. Przetykanych oczywiście zdjęciami, kupą zdjęć, bo jakże by inaczej! :)

Dzień trzeci. Dzisiaj postanowiłam się wyspać. Nic z tego - potężne słońce od rana budzi mnie wiązką promieni prosto w twarz. Jest siódma rano, koniec leniuchowania.
Kolejna niespodzianka czeka w łazience. Wtyczka od suszarki nie pasuje do tutejszych gniazdek, dinks wchodzący w dziurkę jest za gruby :( No na to nie byłam przygotowana!
Na szczęście w którejś z szaf znajdujemy adapter. Yeah, fryzura uratowana!

IMG_3313

Nasz ogród, nasz widok...IMG_3312


Po lekkim śniadaniu (w ogrodzie!), które przeciąga się do 10 (jak jeść w pośpiechu z takim widokiem?) ruszam w drogę. Mąż pracuje, jestem zdana na siebie. I bardzo mi się to podoba! Dzisiaj nie mam wielkich planów, ot - poszwędam się po okolicy. W porcie już byłam, w centrum też - na cel obieram więc położone wyżej Sanktuarium N.S. di  Camine. Czterdzieści minut wspinaczki drogą w górę, w niemiłosiernym upale (ale za to z widokiem za milion dolarów, przez co przerywanej częstymi fotopauzami). Bo wzdłuż praktycznie całej via Partigiano Berto Solimano rozciąga się taki widok, że o rety! Droga wije się zboczami gór nad zatoką. Jest pięknie!


IMG_3317IMG_3322IMG_3316
Via Partigiano Berto SolimanoIMG_3325
O, tam, na górze, ten maleńki budyneczek z czerwonym dachem i wieżyczką - tam właśnie szłam :)IMG_3332IMG_3337IMG_3347IMG_3358IMG_3356IMG_3361
Był i czas na selfiaczka :) IMG_3353IMG_3371


Im wyżej (i bliżej sanktuarium), tym więcej samochodów i skuterów zaparkowanych na mikroskopijnym poboczu. Uskakiwanie przed rozpędzonymi pojazdami zjeżdżającymi z góry staję się coraz trudniejsze. I coraz mniej zabawne! W końcu docieram na miejsce i… zamknięte. No kurde. Klasyka, można powiedzieć. Robię kilka zdjęć, okrążam budynki przyklasztorne, przy okazji znajdując początek szlaku wiodącego do Parku Narodowego Santa Margherita. Kusi, ale nie jestem odpowiednio ubrana, mam lekkie sandałki i za mało wody a upał narasta. Więc nie dziś.


IMG_3369
Dotarłam. Skutery pod sanktuarium. IMG_3368
I zejście do baru z tambylcami :)IMG_3375IMG_3382IMG_3381IMG_3380IMG_3384
Zaraz za kościołem zaczynał się szlak prowadzący do Parku Narodowego Santa Margherita


Decyduję się na drogę powrotną, ale w ostatniej chwili zauważam szyld: Bar-Ristorante Primavera, położony nieco niżej, na zboczu, dosłownie naprzeciwko sanktuarium.
Nie wygląda zachęcająco, ale wewnątrz siedzą lokalsi i jest cień. A ja bardzo potrzebuję cienia i kawy. Zdecydowana, odważnie schodzę po kamiennych schodkach. Czym byłoby podróżowanie, gdybym ograniczała się tylko do schludnych restauracyjek dla turystów?


IMG_3386
IMG_3387
Disco fever w la primuli! :) 
IMG_3389IMG_3388IMG_3391
Jest klimat, prawda? IMG_3390IMG_3395


Trafiam więc w miejsce niezwykłe. Niewyględne, zatrzymane w czasie, z ceratowymi obrusami przybitymi gwoździem do drewnianych stołów. Z proporcami dawnych mistrzostw piłkarskich, zawieszonymi za barem od nie-wiadomo-kiedy. Z młodziutką, przysadzistą włoska kelnerką, nie mówiącą ni słowa po angielsku. Jak zresztą reszta tu obecnych.

IMG_3397

I ta cerata na stołach... ;)IMG_3398IMG_3399


I z widokiem tak cudownym, że mam ochotę zostać na zawsze. I stoję tam, z tym moim kompletnie niepotrzebnym angielskim i eurosami w wyciągniętej ręce. Zamówienie na migi, bo mój włoski to żart. Coffee, kawa, cafe. No, o, właśnie tamto. 50 centów. Na dole, w porcie taka sama za 3 euro.
Jest południe, pora posiłku. Goście - głównie spracowani mężczyźni mieszkający w okolicy, zamawiają. Ja odpuszczam, umówiłam się z Adamem na lunch o 15, kawa wystarczy.

IMG_3366

Trzy kwadranse dla siebie. Wyciągam notes i piszę, póki mam czas. Pod nogami, na kamiennej, rozgrzanej posadzce pałętają się jaszczurki. Rejestruję je kątem oka, przez większość czasu nieprzytomnie wgapiając się w zatokę. Ostatni łyk kawy i idę dalej.
Droga powrotna trwa trzy razy krócej, choć znowu robię postoje na wczesne jeżyny i figi. Słońce mocno przypala, ale kierunek “z górki” i wiatr ratują mi skórę (dosłownie). Docieram do domu, prysznic, sjesta. Ciąg dalszy - nastąpi. Do zobaczenia w kolejnej notce! :)

IMG_3404

 

Komentarze

comments powered by Disqus

Blog

  • Coś nowego!

    Opowiem Wam historię. Będzie długa i bardzo osobista, ale naprawdę chcę byście ją poznali.  Otóż. Moja mama to niezwykła...

    Ostatnie komentarze